O autorze
Człowiek wielu pasji. Dziennikarskie szlify zdobywał w mediach kulturalnych, obecnie redaktor portalu Technologie.ngo.pl i marketingowiec w TO BE Group. Oddany fan Stephena Kinga, kolekcjoner książek i komiksów. Stały bywalec 9gaga, 4chana i reddita. W technologiach widzi nieuchronną przyszłość.

Na blogu w INNPoland zajmie się komentowaniem relacji trzeciego sektora ze światem technologii. A te bywają trudne.

Mobilegeddon był potrzebny. Czas dostosować się do realiów

21 kwietnia 2015 roku Google wdrożyło w życie swój najnowszy algorytm pozycjonujący strony mobilne. Generalnie nie zrobiło to na nikim większego wrażenia, bo to zmodyfikowana wersja podobnego zabiegu z 2013 roku. Ale…

Zawsze jest jakieś „ale”. W tym przypadku owym „ale” jest nazwa, jaką co poniektóre media przypięły zmianom wprowadzonym przez Google. Okazuje się, że 21 kwietnia wydarzył się „Mobilegeddon”, zagłada mobilnego internetu. Sęk w tym, że nic takiego nie nastąpiło, wręcz przeciwnie - mobilna sieć wreszcie stanie się mobilna, bo wyrzucone z niej zostaną strony nie spełniające wymogów tejże mobilności. I bardzo dobrze.




Nie rozumiem lamentu nad google’owskim zabiegiem zrzucenia nie spełniających wymogów stron na dalsze wyniki wyszukiwania. Pozycjonowanie należy się witrynom dostosowanym do obecnych standardów. Jeśli dana strona ich nie spełnia, czemu ma zajmować miejsce innym, skonstruowanym prawidłowo? To jakby narzekać na to, że do ruchu nie dopuszcza się pojazdów, które nie są w stanie sprostać wymaganiom technicznym. Przecież jest to absolutnie normalna praktyka.

Podobnie jest z algorytmem Google. Nie nastąpił żaden „Mobilegeddon”, nie skończył się internet mobilny. On po prostu stał się lepszym miejscem dla użytkowników smartfonów i tabletów, i za to firmie z Mountain View dziękuję. Przeglądając sieć na urządzeniu mobilnym chcę otrzymać dostęp do treści dostosowanych do tegoż narzędzia, a nie rozjechanych, mało estetycznych, niewygodnych witryn, których twórcy nie zrozumieli, że w XXI wieku responsywność jest podstawą, jaką należy wdroży. Sorry, taki mamy klimat.

I tutaj dochodzimy do problemu, z jakim borykają się polskie organizacje pozarządowe. Dla wielu z nich internet to wciąż dzika kraina, w której może i obowiązują jakieś zasady, ale dotyczą one głównie sposobów zachowania się, komunikacji, kultury, etc. To wszystko oczywiście jest ważne, może nawet kluczowe dla funkcjonowania sieci z punktu widzenia społecznego. Ale nie można zapomina, że internet to przede wszystkim dynamicznie rozwijająca się technologia, której nie należy lekceważy.

Z ciekawości zajrzałem na strony 10 najczęściej odwiedzanych przez polskich internautów organizacji pozarządowych. Ku mojej wielkiej radości, każda z nich jest responsywna. Oznacza to, że duże organizacje rozumieją dzisiejszy świat i nadążają za tym, co dzieje się w sieci. Zresztą jest to jeden z powodów, przez który są największe.

Problemy zaczynają się, kiedy spróbujemy odwiedzić strony mniejszych, bardziej lokalnych organizacji. O ile te powiązane ze światem technologicznym mogą wyjść z tego obronną ręką, o tyle sytuacja sama w sobie nie jest ciekawa. Responsywność to coś, do czego nie dorosło wiele stron, zarówno w sektorze pozarządowym, jak i szeroko pojętym świecie komercyjnym.

A przecież bez mobilności nie ma konwersji. Niemal 80% bieżącego ruchu sieciowego pochodzi ze smartfonów, a ok. 50% z tabletów. Odbiorcy mobilni to grupa, o którą należy walczy, bo warto. Jeśli sektor pozarządowy nie zrozumie, że istnienie w świadomości ludzi w dzisiejszym świecie oparte jest w dużej mierze na odpowiednim prezentowaniu się w sieci, przyszłość wielu działań spowiją ciemne chmury.
Trwa ładowanie komentarzy...